Archiwa tagu: debilizm

Najpierw płać i płacz, a potem obniżaj rachunki

Jest w naszym pięknym kraju taki jeden masakrycznie popieprzony operator telefonii komórkowej, który co rusz to częstuje swoich abonentów jakimiś przygodami o charakterze rachunkowo-finansowym. W Internecie, nawet na oficjalnej stronie tego operatora (dokładnie na forum oraz w komentarzach na firmowym blogu), natknąć się można na liczne skargi od niezadowolonych klientów, którzy dostali rachunek opiewający na tysiące złotych, właściwie nie wiadomo za co. No bo wystarczy na kilka sekund włączyć sobie Internet w telefonie żeby już nastukało nie wiadomo ile nie wiadomo jak nie wiadomo kiedy… i w ogóle nie wiadomo…

I ja miałem niedawno podobną sytuację. A nawet dwie. Raz policzyli mi ponad 1000 złotych i przeprosili dopiero po kilku miesiącach jak poprosiłem UKE o mediację w sprawie, za drugim razem nabili 750 złociszy – ale tym razem już grzecznie przeprosili po dwóch dniach, widocznie przez wzgląd na to że w rozmowie z ich BOK zaznaczyłem, że przy poprzedniej okazji musiałem prosić o pomoc Urząd Komunikacji Elektronicznej…

Oczywiście tym operatorem jest firma Orange.

No dobra, to teraz czas na dowcip. Otóż po tych wszystkich przygodach, po wymianie łącznie kilkunastu listów i przesłaniu tony makulatury w reklamacjach pisemnych, Orange zaczęło mi przysyłać na moje emaile… reklamy pod tytułem „obniżaj rachunki z Orange”.

Jebłem.

Ktoś w tej posranej firmie ma niezłe poczucie humoru.

Kulturalny klarnecista

Wśród muzyków grających w orkiestrach na instrumentach dętych krąży ciekawa, a przy tym dość zabawna anegdotka na temat jednego wyjątkowo dobrze wychowanego klarnecisty.

Historia wygląda następująco:

Jest sobie próba orkiestry. Grają jakiś koncert klarnetowy. Wszystko fajnie, pięknie i w ogóle super, tylko że jest jeden poważny, pozornie trudny do przeskoczenia problem: solo klarnetowe jest rozpisane na kilka stron i trzeba przewracać kartki. No więc klarnecista gra, gra, gra, przerywa, przewraca kartkę i gra dalej. Dyrygent każe jednak powtórzyć ten fragment. Klarnecista gra więc jeszcze raz, przerywa, przewraca kartkę i gra dalej.

Dyrygent nieziemsko się wkurzył, sugeruje więc klarneciście, by poprosił któregoś z kolegów z orkiestry – może fagocistę? – aby przewracał kartkę za niego, tak aby klarnecista nie musiał przerywać gry.

Klarnecista wysłuchał, zrozumiał o co biega, więc gra to solo jeszcze raz.

I tu następuje gwóźdź programu… klarnecista dociera do owego feralnego miejsca, fagocista przewraca mu kartkę, a ten… przerywa, mówi „Dziękuję!” i gra dalej.

Dobre wychowanie jest cechą pożądaną, czasami jednak lepiej obejść się bez kulturalnych kłopotliwych podziękowań…

Pół Polski wyjechało do Nepalu i donoszą na Facebooku, że są wstrząśnięci! Dosłownie…

Ostatnio na Facebooku pojawiła się nowa funkcja, pozwalająca informować znajomych na wypadek jakichś katastrof naturalnych, konfliktów zbrojnych czy inkszych kataklizmów, że wszystko z nami w porządku i że jesteśmy cali i zdrowi. No i że mamy Internet, oczywiście. I dostęp do Facebooka!

Nie wiem jeszcze dokładnie na jakiej zasadzie to działa, ale na Facebooku w odpowiednim dziale pojawia się informacja o zdarzeniu, do której można się dopisać jako „bezpieczny”. Jest opcja „przebywam w zagrożonym rejonie” czy coś w ten deseń oraz przycisk „Oznacz jako bezpieczny”.

I wszystko byłoby pięknie, fajnie i w ogóle super, gdyby nie fakt że funkcją tą – oprócz ofiar kataklizmów – natychmiast „zaopiekowali się” również zwykli, pospolici, internetowi „jajcasze”.

I tym oto pięknym sposobem dowiedziałem się że dziesiątki moich znajomych tak naprawdę mieszkają nie w Polsce a w Nepalu, że przeżyli trzęsienie ziemi i że są bezpieczni.

Jak dobrze wiedzieć, że są cali i zdrowi, mają wszystkie ręce i nogi, głowy też w komplecie, a co najważniejsze – MAJĄ INTERNET I DOSTĘP DO FEJSBUSIA! <3 :* <jupi> wow

Komentarze od bardziej rozgarniętych:

„Jezu, myślałam, że tylko moi masowo wyemigrowali do Kathmandu, ale widzę, że u Ciebie to samo… :D”

„To w ogóle nie jest zabawne to oznaczanie się tam. Ludzie mogą być w poważnym zagrożeniu w Nepalu…”

Nic dodać, nic ująć.

Cóż, głupotę i tendencję do naśmiewania się z czyjejś tragedii gatunek ludzki ma już chyba w genach.

A wy dalej się oznaczajcie, że mieszkacie w Katmandu, kurrrrwens…

EEG

Uwaga, panie, panowie obojnaki i bezpłciowce, teraz poznacie mój najnowszy najnowsiejszy wynalazczo wynalazczy wynalazek – EEG!

Zaraz mi ktoś pierdutnie tekstem, że nic nowego nie wynalazłem. No bo EEG to wiadomo, skrót od elektroencefalografii (trudne słowo!). Nawet Wikipedia podaje wyjaśnienie: „nieinwazyjna metoda diagnostyczna służąca do badania bioelektrycznej czynności mózgu za pomocą elektroencefalografu”.

Ale mało kto wie, że tym mądrym urządzonkiem można też zmierzyć coś innego, mianowicie iloraz inteligencji, czyli tak zwane AJ KJU!

No bo EEG to w jakimś sensie nieinwazyjna mechaniczna metoda sprawdzenia, czy jednostka ludzka poddająca się badaniu aby na pewno jest inteligentna. Czy może raczej taką udaje… no bo jak mózg pracuje – czyli między innymi myśli – to na głowie pojawiają się impulsy elektryczne.

Tylko co zrobić jeśli odczyt jest pusty? No, tu się już zaczynają komplikacje, bo to oznacza jedną z dwóch możliwości:
– nie żyjesz! Won do kostnicy!
– jesteś głupi

Jeżeli jednostka ludzka poddająca się badaniu wykazuje jakieś ruchy, a elektroencefalograf (kurwa, muszą wymyślać takie sophisticated słówka? No jprdl) nie jest w stanie nic zarejestrować… to przykro mi bardzo, ale pozostaje tylko ta druga opcja.

I to się już nawet nie nadaje do leczenia. Nie rokuje żadnej nadziei. Po prostu lekarzowi trafił się debil, któremu jeszcze do tej pory wydawało się, że jakiś zalążek zalążka zalążka mądrości i inteligencji jednak w nim się tlił…

Cóż… bywa.

No więc tak wygląda i działa mój wynalazczo wynalazczy wynalazek pośród wynalazków! WYNALAZŁEM OD NOWA EEG! <3

Nie jesteś dziewicą, więc spadaj na drzewo, bejbi…

Jak wiadomo, w dzisiejszych czasach bardzo trudno o dziewicę. Właściwie dwunastka bez błony to już norma. Okazuje się jednak, że już w czasach „przedszybkointernetowych” miały miejsce podobne sytuacje. Wygrzebałem właśnie z Internet Archive starego newsa z Onetu z maja 2001 roku o pewnym Włochu, który porzucił swoją żonę, gdyż albowiem ponieważ z niemałym przerażeniem odkrył, iż jego luba… nie jest już dziewicą!

Porzucił żonę, bo nie była dziewicą

Pewien Sycylijczyk porzucił świeżo poślubioną żonę już w noc poślubną, kiedy odkrył, że nie jest dziewicą – pisze włoska gazeta „Corriere della Sera”.

33-letni Roberto poślubił 30-letnią Cristinę w sobotę w kościele w sycylijskim miasteczku Licata. Kilka godzin po hucznym weselu, w noc poślubną, okazało się, że świeża małżonka nie jest dziewicą.

Oboje małżonkowie mieszkają znowu u swoich rodziców. Jak pisze „Corriere della Sera”, bracia pana młodego próbują przekonać go do zmiany decyzji.

„Nie mieści mi się w głowie, że takie historie zdarzają się w XXI wieku” – z oburzeniem oznajmiła popularna włoska pisarka, Lara Cardela.

Powtórzmy pytanie: „Nie mieści mi się w głowie, że takie historie zdarzają się w XXI wieku„. Otóż droga Pani, szanowna seniorito z dziurskiem jak pięciozłotówka, dziewczyny pieprzyły się niepomiernie już w czasach narodzin teletekstu i raczkującego usenetu, i już od tamtego czasu na ulicach spotkać można więcej nie-dziewic niż dziewic…!

Łolaboga, do czego to doszło, paaani!

Hm… a może pan młody zapomniał, że swoją żonę rozdziewiczył jeszcze przed ślubem? :)

Mył się, czy nie mył? Oto jest pytanie

11074490_897310233666260_6608226526800026453_nKontynuuję jazdę po kościele, a co! Bo papież smyru-smyru a w Polsce działy się rzeczy dużo poważniejsze i bardziej donioślejsiejsze…

Uwaga, ten wpis również będzie głupi i bez sensu. Podobnie jak cały ten pożalsiębożekurwajegomać blog.

Gdy zobaczyłem powyższy obrazek, przypomniała mi się znana i upowszechniana głównie przez przeciwników Radia Z Ryjem scena wyemitowana w telewizji. Jakieśtam spotkanie ekumeniczne na Jasnej Górze, nie pamiętam już co to wtedy było, w każdym razie okolice roku 2005-2006. Pamiętam, że wtedy jeszcze próbowały rządzić Polską PiS-dy. Cały event zorganizowany był przez imperium medialne pewnego ojca, który lubi wkładać rydza cycatym niewiniątkom.

Otóż na ów event przyjechał gość specjalny z Afryki. Ów ojciec o niezwykle płodnym umyśle (który pomimo celibatu całkiem możliwe że zdołał spłodzić jakichśtam swoich redemptorystycznych następców – o ile wkładał rydza tam gdzie trzeba, a nie pakował go w gówno, off curse), spojrzawszy na ciemnego (fizycznie, nie umysłowo) jegomościa, zakrzyknął: „Patrzcie państwo, on się nie mył wcale!”.

Ciemny jegomość najwyraźniej ten haniebny jak jasna cholera rasistowski atak na swoją ciemną osobę najwyraźniej postanowił natychmiast obrócić w żart, udając że chodziło oczywiście o to, że jest tak strudzony podróżą że na event przyjechał prosto z lotniska, nie zdążywszy przeżyć bliskiego spotkania trzeciego stopnia z mydłem i ciepłą wodą tak zwaną bieżącą.

Stan jego ubioru wskazywał jednakowoż, że jakąśtam higienę gość specjalny z Afryki starał się zachować. Pomimo podejrzeń płodnego fizycznie i intelektualnie ojca z dużym rydzem.

Skrajny debilizm niektórych osób mnie przeraża(ł)

Uwaga. To też staroć. Sprzed 9 lat, z czasów gdy po moim „pjeńknym” mieście jeszcze jeździły mikrobusy.

Tak, tak, i to coraz częściej… szczególny zaś przypadek choroby zwanej skrajnym debilizmem miałem okazję zaobserwować dziś w drodze powrotnej ze szkoły do domu, siedząc w mikrobusie. A było to tak:

Jak już co bardziej kumaci czytelnicy zdążyli się zapewne domyśleć, podczas tego incydentu znajdowałem się w środku pojazdu, który właśnie stanął na przystanku obok TelePizzy w Katowicach-Panewnikach. Jedna z podróżujących nim przedstawicielek płci przeciwnej raczyła zapłacić za przejazd, po czym czym prędzej opuściła mikrobus. W chwili, gdy kierowca chciał jechać dalej, usłyszał krzyk siedzącej z tyłu pasażerki w średnim wieku:

– Ale proszę jeszcze nie odjeżdżać, ja wysiadam, tylko muszę znaleźć moją portmonetkę!

Tak więc łaskawie zaczekaliśmy… ale ileż można czekać? Po ponagleniu przez pasażerów i kierowcę, pasażerka, nadal nie znalazłszy „portmonetki” (trudne słowo!), rozpoczęła rytuał zwany krzyczeniem na pozostałych pasażerów:

– Ależ proszę na mnie nie krzyczeć! Muszę znaleźć moją portmonetkę!

Poczekaliśmy więc jeszcze chwilę, gdy jednak wszystkim wokół zaczęły puszczać nerwy, postanowiłem jak najszybciej ulotnić się z miejsca zdarzenia. Zapłaciłem więc kierowcy (przekazując mu najszczersze wyrazy współczucia z tytułu użerania się z pasażerką, która nadal nie znalazła „portmonetki”), po czym skierowałem się w stronę drzwi. Gdy jednak dotknąłem klamki, w moją stronę poleciał wrzask:

– Ależ co pan robi? Proszę nie otwierać drzwi! Muszę znaleźć przecież moją portmonetkę!

Pomyślałem sobie wówczas: tego już za wiele! Nie będzie mi tutaj stare, jędzowate kurwiszcze pyskować! Mając w głębokim poważaniu jej chrzanioną „portmonetkę”, opuściłem pojazd i stanąłem nieopodal. Zanim mikrobus ruszył z miejsca, zdążyłem zjeść bułkę, wypić butelkę soku i przespacerować się pod bazylikę. Mikrobus, będący miejscem awantury, ujrzałem dopiero nieopodal skrzyżowania – znaczy to, że niezwykle upierdliwa klientka musiała zatrzymywać pojazd w miejscu swoją „portmonetką” przez co najmniej dwanaście minut.

Ech… skrajny debilizm niektórych osób mnie dobija… wielka szkoda, że prócz mnie, dobija także osoby postronne.